Rysunek

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare miasto. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2016

Mury obronne Starogardu cz.1



Mury obronne miasta.


Na ilustracji widzimy jak mniej więcej wyglądała warownia starogardzka w XIV w.




Czerwonym kolorem pokazane są istniejące do dzisiaj fragmenty murów – fragmenty dość pokaźne, bo obejmujące całą część północną i blisko połowę części zachodniej, nie licząc drobnych fragmentów. Na rysunku ujęto Basztę Młyńską, jako punkt odniesienia związany z rewitalizacją, nie ma pewności, czy ta nazwa funkcjonowała w średniowieczu.

Tu mam pewną uwagę - w zasadzie Baszta Gdańska i Książęca, także Młyńska, są wieżami, a nie basztami. Przynajmniej w obecnej postaci. 
Baszta (czasami używamy terminu: baszta łupinowa) jest zawsze otwarta od wewnętrznej strony murów, a basztę "zamkniętą" nazywamy wieżą, niezależnie od tego, czy stoi osobno, czy występuje w ciągu obwałowań obronnych. 
Terminu "baszta" powszechnie używa się niewłaściwie, w formie nazwy własnej wież, np. Baszta Jacek w Gdańsku, nasza Baszta Gdańska itd. 

Rozróżniamy min.: baszty, wieże, basteje, bastiony.
Baszta - to budowla obronna stanowiąca element muru obronnego, wysunięta poza jego lico i wzniesiona ponad jego poziom - otwarta od strony wewnętrznej obwodu obronnego.
Wieża - to, mówiąc w skrócie, baszta zamknięta.
Basteja - po wynalezieniu broni palnej zastąpiła basztę; budowla fortyfikacyjna, która była stanowiskiem ogniowym artylerii - dlatego też była szersza, bardziej masywna i przysadzista niż baszta.


Bastion - rozwinięcie bastei; w dawnych fortyfikacjach o narysie bastionowym podstawowy element umocnień, wznoszony na załamaniach obwałowania twierdz (na wysuniętych narożnikach). Używane od połowy XVI do połowy XIX wieku. Występują w twierdzach na planie trójkąta, romboidu lub pięcioboku. Dwa najbardziej wysunięte boki tworzyły narożnik zwany węgłem. Boki stykały się pod kątem zawartym zwykle pomiędzy  60° a 120°. Bastiony połączone były murem tzw. kurtynami.

Być może nie każda wieża była od początku wieżą, ale basztą - stąd nazwa Baszta ..... pozostała pomimo zamiany jest na wieżę. Do tematu powrócę.



Na początek, celem obejrzenia stanu faktycznego, zapraszam na spacer wzdłuż murów miejskich.
Wędrówkę zaczynamy od zachodniej strony Starego Miasta, przy kościele Św. Mateusza...


                      Widok z parku na kościół pw. Św. Mateusza, kiedyś - Najświętszej Maryi Panny. 
                      Samosiejki skutecznie zasłaniają widok na mur.


Mur, dość wysoki (ok. 6 m wysokości) zaczyna się w okolicach kościoła Św. Mateusza.
Kilka lat temu został odnowiony, niestety cegła splustrowała na mrozie.


Mur biegnie na północ, mijając po drodze otwartą od strony kościoła basztę (obecnie dzwonnica), do Baszty Narożnej, zwanej Książęcą (3). Za otwartą basztą fragment obsunął się, być może wadliwie wykonany.
Tak więc niemal cały ten odcinek jest do poprawki.

                       Za drzewami - widoczna baszta-dzwonnica oraz fragment obsuniętego muru. 
                       Na pierwszym planie plantacja zdrowotnej pokrzywy.


Zachowując wysokość ok. 5 m dochodzi do baszty Gdańskiej (4), która stoi tuż przy ulicy Hallera, prowadzącej na Rynek.





 Baszta Gdańska od strony parku miejskiego. Szerszy (zimowy) widok: tutaj




 Baszta Gdańska - widok z placu przed Basztą Książęcą. Po prawej zabudowa ulicy Browarowej, na jej końcu w dali widać białe ściany Baszty Młyńskiej.


Baszta Gdańska od zewnętrznej strony murów zasłonięta jest ponad 100-letnim budynkiem - w nie najlepszej kondycji, choć z odnowionym dachem. Sama baszta prezentuje się bardzo dobrze. Od strony ulicy widzimy wykusz, który powstał w XIX w. kiedy prusactwo uznało, że można nieco obciąć basztę celem poszerzenia ulicy w tym miejscu. Dziwne, ale prawdziwe.
Na tym fragmencie murów pobudowany był kiedyś budynek mieszkalny, który widać na fotografii z przełomu wieków.




Za ulicą znajduje się budynek z XIX w. (nr 12) wybudowany na zewnątrz umocnień miejskich, oparty o mur – który jest widoczny od strony miasta. Budynek wygląda nie najlepiej.

Właśnie w tym miejscu zaczyna się zabudowa miejska – o p a r t a   n a   m u r z e.  Na rysunku zaznaczono te fragmenty cienką czerwoną linią.


Fragment zabudowy Starego Rynku i współczesne nazwy ulic.


Mur stanowi ścianę wewnętrzną (czasem zewnętrzną) budynków stojących wzdłuż ul. Browarowej, równoległej do muru.

We wschodniej części tego odcinka, aż do ulicy Podgórnej, mur pojawia się znowu na długości ok. 25 m – jest to część zrewitalizowana.

Po drugiej stronie ulicy Podgórnej stoi kolejny, prawdopodobnie XIX w. dom (nr 7B). Na parterze tego domu urządzony jest sklep i wewnątrz możemy zobaczyć istniejący mur grubości ok. 90 cm.

Jeżeli staniemy na ulicy Kanałowej, po zewnętrznej stronie obwarowania, za „Nogatką” (kanał młyński), zobaczymy jak mur wyłania się z tego budynku i biegnie do kolejnego, stojącego przy ul. Wodnej. Na szczycie tamtego budynku można zauważyć charakterystyczny pilaster, który może wskazywać na to, że również w tym budynku mur nadal istnieje.

Ulica Wodna, można powiedzieć, dochodzi do kanału – muru w tym miejscu po prostu brak ok. 4 mb.
Zaczyna się on zaraz za Wodną i biegnie aż do baszty Młyńskiej (6). Baszta i część terenu przyległego to prywatna posesja (nr 8). Teren i budynki znajdują się w prywatnych rękach od lat 70-tych XX wieku – właściciele min. odrestaurowali basztę Młyńską i to dzięki nim możemy cieszyć się jej obecnym widokiem.

Mur stanowi fragment zabudowań i kończy się 15 metrów od baszty, w kierunku południowym.


Jednak patrząc na zdjęcia satelitarne zauważymy pewną prawidłowość. Kolejne budynki wpisują się w kierunek i granicę wyznaczoną przez mur – prawdopodobnie stara plebania od Św. Katarzyny (nr 5) zewnętrzną ścianą oparta jest na murze, ewentualnie – budynek mieszkalny (nr 7) po drugiej stronie plebani. To kolejne 40 – 45 metrów.

Fakt, że w tym miejscu widzimy pozostałość po fosie – dość głęboki rów dochodzi do budynku nr 7.

Idąc dalej w kierunku południowym, przecinamy ul. Tczewską, przy której stała kiedyś Baszta Tczewska i dochodzimy do ulicy Basztowej.
Zabudowa przy Basztowej jest dość nowa, mimo to frontowa ściana budynków dość wyraźnie wyznacza nam kierunek muru. Z tyłu budynków też bardzo dobrze widoczne pozostałości po fosie.

Przecinamy ul. Sambora i ponownie - przy budynku nr 8 ewidentnie pozostałości po fosie.

Przekazy mówią, że tzw. białe koszary – obecnie zespół szkół zawodowych - zostały pobudowane na murach miejskich. Potwierdzają to zdjęcia satelitarne. Relikty fosy koło bud. nr 8 są oddalone od ścian szkoły dobrych 15 metrów.

Narożnik szkoły zakręca na zachód i mniej więcej pokazuje, jak dalej biegł mur.

Za szkołą od strony południowej widać relikty fosy. W tym miejscu wybudowane też strzelnicę szkolną (raczej wcześniej dla wojska?) - prawie na pewno wykorzystując po prostu zagłębienie południowego fragmentu fosy.

Przecinamy ul. Paderewskiego biegnącą do Rynku (kiedyś – baszta Gniewska). Tutaj mamy dalszą część byłych koszar, żeby jednak zobaczyć relikty fosy (zasypana) musimy podejść od południowej strony ul. Kościuszki.

Po obejrzeniu widocznych jeszcze reliktów fosy, dochodzimy do centrum handlowego, które ma już kilka lat – na jej terenie fosa bardzo słabo rozpoznawalna (miejscowe obniżenie terenu), na miejscu muru pobudowano w XVIII – XIX w. zakłady spirytusowe (obecnie dom handlowy).

Myszkując między budynkami dochodzimy do ul. Rycerskiej i Krzywej, gdzie zauważamy dalszy ciąg kilkunastu metrów muru. Przy ul. Rycerskiej plac na którym stoi XIX w. bóżnica - pobudowana prawdopodobnie na fundamentach dworu krzyżackiego.



Narożnik ul. Krzywej


Przez wiele lat przy widocznym fragmencie muru funkcjonowała toaleta miejska. Ucieszyłem się, kiedy ją wyburzano, ponieważ sądziłem, że po prostu mur w tym miejscu w końcu zostanie ładnie wyeksponowany - niestety na jej miejscu pobudowano dość elegancji malutki budyneczek, w którym obecnie mieści się bank.



                      Budynek Starostwa i niestety niemal całkowicie zasłonięty przez pnącza mur obronny.



                      Ocalałe 16 metrów południowego obwarowania miasta - widok zimowy (grudzień 2014).
 


Widok muru od ul. Krzywej.


Jak widać na zamieszczonym wyżej rysunku, mur pod kątem chowa się w ścianie Starostwa Powiatowego (kiedyś fabryka tytoniowa).

Tutaj fragmenty muru "schowane" w budynkach zaznaczono czerwonymi kropkami.
Cienka czerwona linia - widoczne fragmenty muru z kamienia.



                     Fragment średniowiecznego Starogardu i współczesne nazewnictwo ulic.





Szczyt budynku Starostwa wchodzi na teren placu przy ul. Rycerskiej brutalnie przebijając się przed obwarowanie, obok niego, tuż przy ul. Krzywej stoją 4 identyczne domki o stromym zadaszeniu, następnie pojawia się zabudowa XIX w. i dochodzimy do ul. Chojnickiej wychodzącej z Rynku.



 Pawilony przy ul. Krzywej, za nimi mur kamienny.

Żeby zobaczyć mur proponuję się cofnąć. Należy obejść budynek Starostwa od strony ul. Kościuszki i wejść na plac wewnętrzny urzędu od ul. Mostowej.

Tam zobaczymy fragmenty muru o wysokości ok. 3,6 m wykonane z kamienia, które ciągną się ok. 30 metrów.

Widać wyraźny podział warstw muru - najpierw wymurowano obwarowanie na wysokość ok. 2,20 m, a potem wyrównano jego zwieńczenie drobnymi kamieniami i zaprawą, po czym pomurowano dodatkowo ok. 1,45 m.  Nad murem widzimy szczyty 4 budyneczków stojących przy Krzywej. Przestrzeń między murem, a budynkami to ok. 6-7 metrów.


                      Zachodni kamienny mur na zapleczu Starostwa. 



                      Zbliżenie na strukturę muru. Zaprawa jest jasna i dość twarda.


                      Wyraźnie widoczne etapy murowania.


Widok muru zakłócają pobliskie garaże, które dochodzą do muru i optycznie go przecinają.

Za garażami mur znika w ścianie kolejnego budynku z XIX w. (nr 15) stojącego wzdłuż Mostu Chojnickiego (wiadukt) i ulicy Chojnickiej, w szerokiej i prawdopodobnie suchej fosie.

                      Kamienny mur - widok w stronę nieistniejącej Bramy Chojnickiej


                      Most Chojnicki. Widoczny wylot ul. Chojnickiej z Rynku - to miejsce, gdzie stała baszta


Po drugiej stronie tego budynku widać już tylko ścianę XIX w. kamienicy z czerwonej cegły – dom nr 17.


                      Po prawej budynek nr 15, na wprost budynek nr 17 - jego ściana biegnie idealnie w linii
                      nieistniejącego muru obronnego. Dom prawdopodobnie stoi na miejscu Baszty Chojnickiej.


Przecinamy Chojnicką – pod mostem - i kierujemy się w stronę parku miejskiego.

Za Mostem widać jak wysoko postawione są budynki nr 14, 8 i 8a stojące przy ul. Szewskiej.


 Budynki przy ul. Szewskiej od strony fosy. Z prawej strony ledwo widoczny fragment Mostu Chojnickiego.

Jestem przekonany, że ściana zewnętrzna tych budynków oparta jest na gotowym fundamencie ze średniowiecznego muru. Podejdziemy bliżej, aby się temu przyjrzeć.
 

 Zbliżenie na ścianę. Mur z kamienia ma tu ok. 3,5 m.
 

 W gąszczu . . .

 Jeden z pięciu widocznych fundamentów - pozostałość po szkarpach wzmacniających wysoki mur.






 Jakieś 10 ostatnich metrów wzmocniono współcześnie wysokimi betonowymi przyporami - aż do Mostu.


                     Współczesny most nad Wierzycą.


Wchodzimy na mostek nad Wierzycą i widzimy kościół Św. Mateusza. A w zasadzie domyślamy się jego istnienia, bo widok dokładnie zasłaniają drzewa, które wyrosły akurat w tym, a nie innym miejscu.



                      Zdjęcie wykonane z mostu - to już "tradycyjne" ujęcie kościoła nad rzeką - bardzo malownicze, 
                      niestety nad brzegiem rośnie kępa drzew, która precyzyjnie zasłania widok. Po prawej stronie za
                     drzewami skarpa długości ok. 80 m - kiedyś biegł tamtędy mur . . .



Widok wiosenny...





 Tak, to jest ujęcie z mostu. Zdjęcie sprzed wojny.


Pomiędzy budynkami Szewskiej, a Mateuszem istnieje przerwa długości ok. 80 m.

Jeszcze po wojnie stały tutaj budynki mieszkalne, zdjęcie ilustrujące pokazuje stan z roku 1928. Teraz jest tu dość stroma skarpa, gdzie miejscami możemy dojrzeć ...  r e l i k t y   ś r e d n i o w i e c z n e g o   m u r u  ?





  Przejście pomiędzy rzeką, a skarpą w stronę kościoła Św. Mateusza.



Chciałem zauważyć, że mur w wielu miejscach był poddany naprawie – w ścianie znajdziemy cegłę średniowieczną, ale też XVIII i XIX wieczną. W ścianie z kamienia widać łaty z cegły współczesnej. Trudno powiedzieć, czy w całości to robota średniowieczna, czy raczej współczesna odbudowa. Wszystkie fragmenty muru wymagają dokładnej inwentaryzacji – dopiero wtedy można ocenić zakres i formę renowacji.


Kontynuacja tematu w kolejnej notatce...




Źródła:


Longin Malicki - "Kociewska sztuka ludowa"


17.08.2015, 23:49


niedziela, 19 czerwca 2016

Trwała ruina - głos ws. odbudowy...


„Ruina to coś, co w świecie inżynierów nie istnieje, to rzecz która uwłacza Naszej godności zawodowej” – z Przemysławem Miłoniem, działaczem NZS-u, inicjatorem Wampiriady oraz inżynierem budownictwa odpowiedzialnym za prace przy odbudowie zamku w Bobolicach rozmawia Tomasz Kwiatek
08/05/2012


Przemku, jeśli chodzi o zamek w Bobolicach, to była to odbudowa, czy raczej budowa, bo z tego co wiem projekt jest dowolną twórczością architekta, gdyż nie ma źródeł mówiących o tym, jak ten obiekt wyglądał w czasach świetności?

Do odbudowy zamku w Bobolicach powołany był zespół ekspertów z różnych dziedzin. Zaczynając od archeologów, archiwistów czy konstruktorów. Ja otrzymałem gotowy projekt zatwierdzony przez powołane do tego instytucje i starałem się go zrealizować. Skutek mojej pracy widać, więc nie mnie to oceniać.

Na czym polega rekonstrukcja?

A można trochę jaśniej?

Czy rekonstrukcją można nazwać prace budowlane nad projektem, który nie powstał w oparciu o źródła?

Zgodnie z definicją rekonstrukcja to odtworzenie zniszczonego zabytku na podstawie zachowanych planów, projektów, fotografii lub szkiców. Z wiedzy jaką posiadam jest to rekonstrukcja ale jak wspomniałem na początku, nie leżało to zakresie moich obowiązków.

 O zamku w Bobolicach wiemy tyle, że został wzniesiony z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego lub księcia opolskiego Władysława w XIV w. Wiemy to z kroniki Janka z Czarnkowa. W 1661 r. przestał pełnić funkcje mieszkalne i od tego czasu zamieniał się w ruinę. Do naszych czasów zachowały się mury do wysokości drugiego pietra. W 1928 r. te ruiny wpisano do rejestru zabytków, jako ruiny. Tyle. To trochę nie pasuje to tezy inwestora Laseckiego, że chodzi o to, aby pokazywać chwałę Polski?

Proponuję stanąć pod murami 3 maja i posłuchać co myślą o tym zwiedzający. Zdecydowana większość jest pozytywnie zaskoczona. Ja widziałem na żywo dwa narożniki jeden z ścianami a drugi to wysoki na 1,5 kondygnacji szpic. Tyle zostanie w mojej pamięci i na zdjęciach. Obecny wygląd to zasługa pracy wielu ludzi i każdy miał tutaj swój wkład bez zespołu nadal widzielibyśmy to co 15 lat temu albo jeszcze mniej.


 Zamek Bobolice - zdjęcie archiwalne.


 Zamek Bobolice - "trwała ruina"

Zamek Bobolice w 2011 r.


 Jest jeszcze inny problem, otóż zgodnie z doktryną konserwatorską jakakolwiek rekonstrukcja nie powinna mieć miejsca, gdyż jakość zachowanych reliktów i brak ikonografii, a zwłaszcza fakt uznania ich za trwałą ruinę, nie pozwala na całościowe odtworzenie obiektu. Więc moim zdaniem konserwator nie powinien zezwolić na odbudowę Bobolic, skoro w 1928 r. uznano je za trwałą ruinę.

A możesz mi wytłumaczyć co to jest trwała ruina bo dla mnie to jest martwe pojęcie? Ruina to ruina i najlepiej dać jej zniknąć tak jak wiele obiektów na Szlaku Orlich Gniazd. Trwała ruina to taka piękna nowomowa, o której słyszę wciąż od konserwatorów. Kiedyś nawet dostałem zalecenie od wojewódzkiego konserwatora, aby zgodnie z doktryną na szczycie dopiero co odbudowanych murów zasiać trawę bo to takie malownicze (akurat tu nie chodziło o Zamek w Bobolicach). To co dla jednych jest malownicze dla innych jest kuriozalne. Jeżeli coś odnawiasz, odbudowujesz, rekonstruujesz to w jakimś konkretnym celu. Tutaj celem jest odbudowa zamku, część uważa, że Senator Lasecki chce zrobić na tym biznes. Znając koszty to gwarantuję, że ta inwestycja nie zwróci się szybko a koszty utrzymania zamku są olbrzymie. Proszę sobie wyobrazić ile może kosztować samo ogrzewanie kamiennych murów. Aby tego dokonać niezbędne jest zaplecze jakie aktualnie powstaje tj. karczma, stajnia etc.

Przykład pięknej trwałej ruiny to m.in. Ogrodzieniec i Siewierz [w najbliższą sobotę historia na NGO]. Ale przyznaj, że w przypadku Bobolic była to przede wszystkim inwestycja biznesmena, teraz senatora PO, który owszem włożył ogromne pieniądze, ale po to, aby je odzyskać… Świadczy o tym chociażby infrastruktura, która idzie w ślad za odbudową…


Jeżeli tej infrastruktury nie będzie, to będzie to ulubiona trwała ruina, tylko ruch może zapewnić środki na utrzymanie inwestycji o tej skali. Tak jak wspomniałem koszty zimowego utrzymania są olbrzymie, a brak ogrzewania w zimie doprowadzi do zniszczenia wewnętrznych instalacji i zamiast cieszyć się z pięknego obiektu trzeba będzie ponownie go remontować.

Jak dla mnie jest to ewidentne nastawienie na biznes z popularnej u nas turystyki rycerskiej i sentymentalnej. Z tego co wiem mają być też pola golfowe?

O tym nie słyszałem ale znając rozmach Senatora jest to możliwe tylko dlaczego tak ma nie być? Jeżeli ktoś inwestuje prywatne pieniądze, ma taki kaprys to dlaczego nie. Warto zwrócić uwagę, że na każdym etapie zatrudnieni są ludzie. Przynoszą oni do domu pieniądze, które wprawiają w ruch całą gospodarkę. W tym rejonie trudno o prywatnych inwestorów i każdy jest na wagę złota.


Powiem Ci tak prosto, po chłopsku. Często bywam na Jutrze, to jedno z moich ulubionych miejsc w Polsce i ze względu na niewielką odległość dostępne – dlatego po ciężkim tygodniu pracy chcę się wyrwać od tego wszechogarniającego kiczu i poprzebywać w ładnym miejscu w otoczeniu zabytków i przyrody, która nie jest dodatkiem ale uzupełnieniem. Do Karczmy mogę podjechać kilkanaście kilometrów dalej nie muszę jej mieć pod zabytkiem. Teraz z całą tą obudową, z tym kiczem Bobolice nie są już dla mnie takim miejscem, nie są dla mnie nawet zabytkiem.

To Twoja opinia. Ja życzyłbym sobie więcej takich realizacji i to nie tylko na Jurze ale wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z czymś wartym odnotowania. Chciałbym widzieć żyjące twierdze a nie tylko martwe miejsca. Dla jednych ruiny w Ogrodzieńcu, Krzyżtopór są śliczne, ja chciałbym widzieć ich ogrom w pełnej krasie. Oczyma wyobraźni widzę siebie stojącego na murach i spoglądającego w dal przed siebie. Niestety otwieram oczy i widzę coś, co grozi zawaleniem. Jako inżynier budownictwa mający już genetycznie ukształtowaną chęć tworzenia (mój prapradziadek budował linię kolejową do Sarajewa), a nie utrzymywania czegoś w zastanym stanie. Polskie zamki, a już szczególnie te na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, urzekły mnie od pierwszego spojrzenia. Pamiętam Zlot Młodzieży w ramach pielgrzymki Jana Pawła II i ruiny w Olsztynie, pewnej nocy zrobiono tam pokaz światło i dźwięk wraz z pokazem ogni sztucznych. Wiele lat później wziąłem tam swoją narzeczoną, aby pokazać je podobne przedstawienie. Ruiny tak smutne za dnia były wesołe, radosne, każdy kamień był rozświetlony i pokazywał swój blask. Wtedy jeszcze uważałem, że takie obiekty należy zachowywać w stanie w jakim są. I wcale mnie nie dziwiło, że każdy mógł sobie wejść do środka, wejść na mury zabrać na pamiątkę kawałek muru, to taki koloryt. Przecież zabranie małego kawałka do domu to nic zdrożnego. A właśnie w ten sposób z każdym dniem tego pięknego krajobrazu jest coraz mniej. Dopiero po latach dotarło do mnie, że cały szlak jest czymś niezwykłym i niespotykanym w Polsce. I zacząłem, żałować, że z tych niegdyś wspaniałych murów zostało tak niewiele a w wielu przypadkach jedynie kupka kamieni lub skały.

To czym według Ciebie jest zabytek? Bo jeśli o mnie chodzi, to musi mieć historię i autentyzm. Mam dość falsyfikatów, dlatego wydaję ciężkie pieniądze na podróże, żeby zobaczyć zabytki.

I pewnie byłeś w Carcassone, piękna twierdza ale mało kto zna jej historię chociaż jest łatwo dostępna. W 1849 r.  z twierdzy niewiele już zostało. Wtedy podjęto decyzję, aby ją odbudować. Obecnie budzi zachwyt każdego kto ją zobaczy. Ale może zbyt daleko się udałem wrócę do mojego rodzinnego Krakowa. Za każdym razem jak wchodzę na Wawel nie mogę odżałować dawnego budynku administracji austriackiej. Stoi takie paskudztwo zupełnie nie pasujące do reszty na wprost wyjścia z katedry i nie można tego ruszyć bo jest zabytkiem. Z Naszą historią i kulturą nie ma nic wspólnego no chyba, że fakt zniewolenia pod zaborami jest godny pochwały. Nawet przewodnicy starają się go unikać ale niestety jest w samym środku i ciężko go nie zauważyć. Należało go od razu po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku wyburzyć ale był to jedyny budynek w stanie nadającym się do użytkowania reszta to była ruina. Na szczęście znalazło się grono fachowców, którzy podjęli się próby odbudowy tego ważnego dla każdego Polaka zabytku. Czy to jest odbudowa czy też rekonstrukcja? Chciałbym przypomnieć, że ciągle trwają prace budowlane, w czasie których tynk zastąpiono kiczowatą cegłą, jedną z baszt przykryto dachówką zamiast zostawić przepiękny taras widokowy, na środku podworca postawiono pomnik Jana Pawła II, na dziedzińcu ułożono turecki wapień. Zmiany można wymieniać w nieskończoność zmieniły one w sposób dość istotny charakter Wawelu i wygląd ale nie na tyle żeby odebrać mu miano zabytku.

Osobiście, żałuję, że nie zrealizowano przebudowy Wawelu zgodnie z koncepcją Stanisława Wyspiańskiego i Władysława Ekielskiego. Wielki rozmach tego dzieła budzi szacunek każdego kto widział makietę powstałą w oparciu o szkice i rysunki: „Pochód królów na Wawel”, Akropolis,http://www.muzeum.krakow.pl/Wawel-Akropolis.538.0.html

czy gdyby 100 lat temu Naród podjął decyzję o realizacji tej śmiałej wizji dzisiaj mówiłbyś o zniszczeniu zabytku jakim jest Wawel? Świat się zmienia, także zabytki. Najlepszym przykładem jest odbudowa Zamku w Warszawie. Czy ktoś odbiera mu miano zabytku, a przecież to zwykła replika odbudowana po II wojnie światowej.


Wawel wg Wyspiańskiego





No wiesz, ja nie jestem specjalistą, ale na mój prosty ekonomiczny rozum, to inną sprawą jest odbudowa miast czy obiektów zniszczonych podczas wojny, a czym innym odbudowywanie ruin chronionych prawnie jako trwała ruina…


Jest dokładnie tym samym. Czym się różni powolny upadek obiektu od jego nagłego zniszczenia. Czym się różni śmierć ludzi w ciągu długiego weekendu majowego od katastrofy w Smoleńsku. Ludzi zginęło tyle samo tylko, że o jednym się mówi, przeprowadza analizy rozwodzi, a nad drugim przechodzi do porządku dziennego. Mówię to z całą stanowczością. Osobiście uważam, że powolne niszczenie zabytków jest gorsze niż jednorazowe zniszczenie. Polacy są Narodem lubującym się w atrakcyjnościach, jak coś się dzieje złego potrafimy się postarać, dać z siebie wszystko ale jak coś się dzieje powoli to przymykamy oko. Tak nie można. A co mi z kupy gruzów chronionych prawnie? Ruina to coś, co w świecie inżynierów nie istnieje, to rzecz która uwłacza Naszej godności zawodowej. Nikt z Nas nie chwali się „doprowadziłem do katastrofy budowlanej” za to każdy mówi udało mi się wybudować to i to. Zresztą w starej mądrości ludowej stoi, aby zostać mężczyzną trzeba wybudować dom. Przysłowia są zwierciadłem duszy i widać jak na dłoni, że ruiną to porażka, budowa to zwycięstwo.


Przemku, dotykamy tutaj już innej kwestii – słabości naszego państwa jeśli chodzi o ochronę zabytków. Nie myśl, że ja tego nie dostrzegam, że nie denerwuję się widząc rozpadające się ruiny zabytkowych pałaców i dworów. Ale to jest kwestia rozwiązań systemowych, dobrej konstrukcji prawa i jego egzekwowania, stworzenia funduszu na zabytki etc. To musimy naprawić! Mimo kulawego prawa są dobre przykłady, jak Gdynia, czy Lublin, gdzie procent z podatku idzie na najcenniejsze zabytki… Sprawa Bobolic jest inna, dla mnie to kaprys bogatego człowieka przerobienia pięknych malowniczych ruin na nowy średniowieczny zamek, który ma przynosić dochody po to, aby przerabiać inne ruiny, które przyniosę kolejne dochody…


Mamy całkowicie inny punkt widzenia na sprawę odbudowy zabytków ale cóż moją rolą jest przekonać, że nie masz racji. Twoja rola jest udowodnić mi że się mylę. Rozwiązania systemowe nie istnieją w Polsce wręcz przeciwnie. Prowadzą do skrajnych patologii. Podać Ci mój ulubiony absurd? Mieszkasz w zabytkowej kamienicy. Przez ostatnie 50 lat nie była malowana klatka schodowa. Złuszczyła się ostatnia warstwa farby, w wielu miejscach odpadł tynk, chcesz zlecić roboty, zapłacić i cieszyć się odnowioną klatką, którą nie będziesz się bał przejść. Nic z tych rzeczy, musisz zrobić badania tego, co było wcześniej i co jest teraz, zlecić przygotowanie projektu budowlanego, uzyskać pozwolenie na budowę, zatrudnić konserwatora zabytków, pod którego nadzorem będą pracować ludzie którzy tynkują i malują tysiące domów. Ale tutaj musisz użyć odpowiednich materiałów, farbę kłaść w ten a nie inny sposób. Jak się o tym dowiadujesz i zaczynasz liczyć, myślisz skąd wziąć na to pieniądze i postanawiasz, że zrobisz to po swojemu. Przecież nikt się nie dowie. Zlecasz prace i czekasz na końcowy efekt, a jak przez przypadek wykonawcy odkryją coś cennego to każesz to skuć, aby nie mieć problemów. Mój przyjaciel pracuje w jednym z najcenniejszych muzeów w Polsce. Jest odpowiedzialny za realizację remontów, przebudów. Wiele razy rozmawialiśmy na ten temat i nawet muzealnicy nie przestrzegają prawa budowlanego. Sam stwierdził, że gdyby przestrzegał, to kosztowałoby to 10 razy więcej, a często w ogóle nie udałoby mu się nic zrobić. Kolejnym doskonałym przykładem jak prawo chroni zabytki jest krakowski Kazimierz. Wiele kamienic czeka na śmierć techniczną, aby można je w zgodzie z prawem wyburzyć i postawić w ich miejscu nowoczesny obiekt. Nie jestem od stanowienia prawa, powinienem go przestrzegać. Jednak na studiach uczono mnie logicznego myślenia, a Nasze prawo nie jest logiczne. Nakazuje inwestorom uzyskać wiele decyzji nie dając niczego w zamian a wręcz rzucając kłody pod nogi. Przykład Bobolic jest także świetnym przykładem. Opasłe tomiska dokumentacji, wiele autorytetów w swojej branży pracowało nad odbudową Bobolic. Jaki jest efekt każdy z Nas ma prawo teraz ocenić. Niestety ze strony Państwa polskiego nie było pomocy zarówno na etapie prac projektowych, wykonawstwa czy odbioru. Tylko dzięki zawziętości inwestora oraz poświęconym środkom udało się uzyskać ten efekt. Pewnie mogłoby to wyglądać lepiej ale z pewnością mogło tego już nie być. Wystarczy porównać zdjęcia sprzed 10 i 50 lat. Destrukcja murów była tak daleko posunięta, że za 20 lat została by tylko kupa gruzów tak jak z wielu twierdz na Szlaku Orlich Gniazd.

 Zamek Bobolice 


Ale wróćmy do odbudowy Bobolic. Jak wyglądały prace przy obiekcie?


Prace trwały ponad 10 lat. Przy odbudowie starano się używać materiałów oraz technologii stosowanych przy jego budowie. Kamień, zaprawa, drewniane rusztowania to wszystko miało pomóc wtopić się na nowo w krajobraz tego miejsca. Pamiętam zresztą jak pewnego razu szedłem drogą z Mirowa do Bobolic i własnym oczom nie mogłem uwierzyć jak bardzo ten zamek przez lata się zmienił. Zobaczyłem zamek z moich snów i marzeń. Taki jakim widzieli go żyjący setki lat temu – zamek stojący na niedostępnej skale.

Co należało do Twoich obowiązków?

Realizacja projektu zgodnie z zatwierdzonymi przez konserwatora i urzędy projektu budowlanego.

Jakich materiałów budowlanych użyto?

Z najbliższej okolicy.

A jak wyglądała współpraca z konserwatorem zabytków?

Tę znam tylko z przekazu ustnego ale do miłych nie należała.

Inwestor, jest też właścicielem pobliskich ruin w Mirowie. Czy jest już jakiś konkretny pomysł odbudowy tych ruin?

Pomysł jest ale wciąż trwają prace projektowe. Gdybym to ja był konserwatorem wojewódzkim zezwoliłbym na odtworzenie tej twierdzy. Zresztą zezwoliłbym na odtwarzanie wszystkich obiektów mających znaczenia historyczne. Nie lubię ruin lubię jak coś żyje. Ostatnio byłem w pięknym skansenie w Tokarni pod Kielcami. Drażnią mnie budowane z świeżego drewna chaty, do których wykorzystuje się śladową ilość elementów wiekowych. A robi to instytucja państwowa z Naszych tj. podatników pieniędzy. Ale rozumiem sens i cenię przesłanie. Należy pokazywać jak wieś wyglądała setki lat temu, jak pracowano, uczono się modlono. Trójka moich dzieci miała świetną zabawę. Po raz kolejny doświadczyłem ukłucia zazdrości. To jest jedno z nielicznych miejsc w Polsce, gdzie do miana zabytków podnosi się młyny, spichlerze, wiatraki, kieraty, kuźnie. Zabytki techniki przez większość uważane są za dziwoląga i o ile stary samochód można uznać za zabytek to lekką ręką pozbywamy się młynów, wiatraków, burzymy stare mosty bo są zbyt słabe. Zbyt rzadko stajemy na wysokości zadania jak w Poznaniu, gdzie stary most przeniesiono i nadal służy ludziom. Nie powinno być tak, że coś co przez lata dawało pracę tysiącom rodzin odchodzi w niebyt, elementy na których się wychowaliśmy, które znamy, dobrze się z nimi czujemy przestają istnieć. Należy znajdować nowe funkcje dla starych rzeczy. Swego czasu będąc na Pomorzu z radością widziałem stary trakt kolejki wąskotorowej przerobiony na ścieżkę rowerową. I chociaż szkoda, że szyny znikły, że żaden pociąg już tamtędy nie pojedzie z drugiej strony cieszę się, że zostały mosty, wiadukty po których teraz mogą jeździć rowerzyści. Zwróćmy uwagę ile samorządów rozbiera te kolejki nie dając nic w zamian. W Jędrzejowie jest wąskotorowa kolejka, można nią pojechać do Pińczowa i z okien wagonów zwiedzić piękny kawał Ponidzia. Niestety mimo olbrzymiego zaangażowania osób prywatnych linia kolejowa powoli chyli się ku upadkowi, prędkość ruchu nie przekracza 20 km/h a jazda kolebiącą się kolejką czasami budzi niepokój, jednak należy wspierać te inicjatywy bo powodują one konsolidację lokalnego środowiska a także pokazują z całkiem innej strony świat jaki odchodzi w przeszłość. A szkoda sami nie wiemy jak dużo tracimy.


Nie jest aż tak źle. U nas na Opolszczyźnie mamy most wiszący z XIX w., który ma szansę zostać pomnikiem historii. Ale wróćmy do tematu. Ostatnio jak byłem w Mirowie, to widziałem, że na działce nieopodal ruin zamku stoi już ogrodzenie, co to będzie za inwestycja?


Nie wiem, nie współpracuję z Senatorem Laseckim od półtorej roku.


 Zamek Bobolice



Całość:

http://www.ngopole.pl/2012/05/08/„ruina-to-cos-co-w-swiecie-inzynierow-nie-istnieje-to-rzecz-ktora-uwlacza-naszej-godnosci-zawodowej-z-przemyslawem-miloniem-dzialaczem-nzs-u-inicjatorem-wampiriady-oraz/



niedziela, 10 stycznia 2016

Autostrada zamieniona w fosę


Przykład rewitalizacji na wielką skalę w holenderskim mieście Utrecht.
Kiedy odbudowa starogardzkich murów?



Przez ponad 40 lat zachodnią część starego miasta w holenderskim Utrechcie przecinała bezsensowna autostrada znikąd donikąd, która miejscami miała 12 pasów ruchu, ale można ją było przejechać w kilka minut. To się zmienia. Beton zastępuje fosa, która przebiegała w tym miejscu przez kilka wcześniejszych stuleci.


– Pracuję w tym zawodzie od dwudziestu lat, ale coś takiego widziałem po raz pierwszy – mówił serwisowi AD.nl w połowie grudnia Robs Hurks, główny inżynier, gdy po raz pierwszy od kilku dekad zachodnie mury starego miasta otuliła woda. – Przez ostatnie 3,5 roku nasza pracę śledzili mieszkańcy, głównie starsi, ale też studenci. Wszyscy nam kibicowali – dodawał.

Beton zamiast wody

W połowie XII w. Utrecht uzyskał prawa miejskie, został otoczony murami i fosą. W XIX w. mury straciły na znaczeniu, za to sama fosa zyskała, jako droga zaopatrzeniowa, szczególnie w północno–zachodniej części, gdzie ulokowały się magazyny sklepy i zakłady przemysłowe. W kolejnym stuleciu ta rola była jednak coraz mniejsza. W Utrechcie, jak zresztą w całej Europie Zachodniej i w USA, rozbudowywano drogi, ufając, że najlepszym rozwiązaniem transportowym jest podporządkowanie miasta samochodom.


„W tamtych latach Ameryka byłą dla nas wzorem. Byliśmy w nią zapatrzeni. Każdy chciał mieć samochód, a samochód potrzebował miejsca” – tłumaczył w rozmowie z holenderskimi mediami Hans Buiter, historyk z Utrechtu, który napisał książkę o metamorfozie miasta w latach 50-tych i 60-tych.


Nie dziwi więc, że w połowie lat 50-tych w całej Holandii nieużywane kanały zasypywano i budowano w ich miejscu drogi. Tak stało się m.in. z licznymi kanałami w Amsterdamie. W Utrechcie rada miejska, zapatrzona w amerykańskie miasta, przyjęła pomysł niemieckiego architekta Maxa Feuchtingera, by całą fosę zastąpić czteropasmową drogą. Projekt zrealizowano tylko częściowo, bo napotkał na opór mieszkańców, a w połowie lat 60-tych minister kultury Marga Klompe (pierwsza kobieta na stanowisku ministra w historii Holandii), wciągnęła wschodnią i południową część fosy na listę zabytków. Ale część północno–zachodnia i zachodnia przebiegała przez dzielnicę przemysłową, uznano ją więc za mniej wartościową. W latach 1968–73, etapami przekształcono ją w autostradę. W najszerszym miejscu – 12-pasmową.

Znikąd donikąd

Catharijnesingel, była szerokim, dla samochodów niezwykle wygodnym i… kompletnie bezużytecznym korytarzem transportowym. Ponieważ nie łączyła niczego z niczym, nigdy nie była zatłoczona. Bezsens inwestycji dostrzeżono już krótko po otwarciu, gdy w Utrechcie zawiązała się grupa lobbująca na rzecz przywrócenia fosy. Ale dopiero pod koniec lat 80-tych radni zaczęli na poważnie rozważać taki pomysł. Dekadę później podjęto decyzję o wybudowaniu fosy z powrotem.



Catharijensingel w miejscu jeszcze nieprzekształconym w fosę, fot. Luctor, domena publiczna

Autostrada w środku miasta kompletnie nie pasowała do zmian jakie zachodziły w kwestii tego, jak miasto ma wyglądać i komu służyć. Holandia jest pionierem jeśli chodzi o przekształcanie dróg z miejsca przeznaczonego wyłącznie dla aut, w miejsce dla różnych środków transportu – komunikacji publicznej, rowerów, a także pieszych. Do większości centrów holenderskich miast samochody nie mają dostępu. Utrecht nie jest wyjątkiem. Wyróżniał się jednak niespecjalnie używanym, pasem betonu.

Woda zamiast betonu

Pilotażowo, w 2002 r., fosę przywrócono w północnym, niewielkim fragmencie, w którym nie było drogi a jedynie parking. W 2010 r. zamknięto pozostały odcinek Catarijnesingel i rozpoczęto prace związaną nie tylko z wykopaniem fosy, co pozwoliło m.in. na odsłonięcie zabytkowych murów miejskich, ale też budową mostów i dojazdów do mieszczących się w centrum parkingów podziemnych.




Przed i po - z projektu wykonawcy przebudowy CU2030, źródło: CU2030.nl

16 grudnia, szeroki na 30 metrów kanał ponownie wypełniła woda. Dwa dni później został otwarty. Do zrewitalizowania pozostał jeszcze jeden, wschodni fragment fosy. Na razie miasto nie ma na to pieniędzy, ale prawdopodobnie prace zostaną wykonane w ciągu kilku najbliższych lat. Część infrastruktury zresztą już jest, m.in. jeden z mostów na tym odcinku, który, na cześć wspomnianej pani minister, zyskał nazwę Marga Klompenbrug.

Przykład Utrechtu bardzo przypomina jeden z najbardziej efektownych przykładów rewitalizacji miasta, jakiego jakiś czas temu dokonano w Seulu. Tam szeroką miejską autostradę zamieniono w rzekę. Historia była bliźniacza. Najpierw płynącą przez miasto rzekę wysuszono i zamieniono w autostradę, by po kilkudziesięciu latach postąpić odwrotnie. Efekty przerosły najśmielsze oczekiwania. Ceny domów w okolicy poszły w górę, mieszkańcy miasta zakochali się w nowym parku w środku lasu wieżowców, w dodatku średnia temperatura w okolicy zauważalnie spadła.

W przypadku Utrechtu znamienne jest, że w latach 60-tych budowę autostrady przeprowadzano pod hasłem rewitalizacji okolic miejskiego dworca. Dziś przywrócenie fosy to… również rewitalizacja okolic dworca, który jest od kilku lat przebudowywany. To wskazuje, jak bardzo zmienia się myślenie o mieście.



Utrecht. Autostrada zamieniona w fosę
Fosa w Utrechcie







Inne zdjęcia z Utrecht.

Dawniej....




Współcześnie...










Źródło:
http://www.transport-publiczny.pl/wiadomosci/utrecht-autostrada-zamieniona-w-fose-51080.html